Wspomnienie o Andrzeju Pietraszku zwanym „Wracz”

fot. J.Serafin

W piątek, 6 grudnia 2013 r. miał odbyć się pogrzeb Szymona Wdowiaka w Milanówku. Trzeba było skrzyknąć się na tę smutną okazję. Lista uczestników wspólnych wypraw stopniała już do niewielkich rozmiarów, zatem trud powiadamiania żyjących jeszcze kolegów też nie był wielki. Zadzwoniłem m. in. do Andrzeja, obiecał, że przyjedzie. W piątek rano podjechałem na Żoliborz, żeby zabrać Waldka Olecha i jego żonę, Buki. Okazało się, że Waldek nie czuł się dobrze i do Milanówka towarzyszyła mi tylko Buki. Odcinek autostrady do Grodziska Mazowieckiego przelecieliśmy w pół godziny, pogoda była dobra, a nawierzchnia sucha, żadnych oznak zbliżającego się huraganu Ksawery. Pod kościołem św. Jadwigi Śląskiej gromadziło się już spore grono ludzi, w tym wielu znajomych. Zdążyłem jeszcze wpaść do kwiaciarni. Kiedy po mszy (Marysia, żona Szymka jest chórzystką milanowskiego chóru) i pożegnaniu Szymka, znanego jako „Szaman”, wychodziliśmy z kościoła, z niezwykłą siłą uderzyła w nas wichura i śnieżyca. Nie swojska, mazowiecka, lekko dokuczliwa, lecz w sile i gwałtowności - himalajska. Pomyślałem, że to Góry w taki sposób żegnają Szymka, który zawierzył im talent, a one odkryły mu swoje niezgłębione piękno.

I byłoby to było tylko metaforyczne wręcz zakończenie ostatniej drogi Szymka, gdyby nie to, że jeszcze na schodach przed kościołem przekrzykując wycie wiatru, „Czarna Elka”[1] zdołała mi przekazać nadesłaną sms`em wiadomość: Nie żyje Andrzej Pietraszek. Później okazało się, że poprzedniego dnia na Żoliborzu został potrącony przez samochód, kiedy przechodził na pasach przez ulicę.

Śmierć człowieka, który powołaniem i zawodem było ratowanie życia innych, lekarza, a jednocześnie pełnowymiarowego uczestnika ryzykownych wypraw górskich, i to w góry najwyższe, spowodowana przez samochodowego szaleńca jest dla mnie czymś nie do pojęcia.

Poznałem Andrzeja w 1970 roku, podczas wyprawy Polskiego Klubu Górskiego w Pamir, czy jak dawniej mówiło się - w Pamiry. Celem naszym był Pik Lenina (7134 m), dla większości - pierwszy w życiu siedmiotysięcznik. Uczestniczką wyprawy była też Zosia Szajuk[2] , którą, po szczęśliwym zejściu ze szczytu na Cebulową Polanę, podrzucaliśmy wysoko w górę, świętując polski kobiecy rekord wysokości. Zosia o kilkanaście dni wyprzedziła wejście na szczyt dwóch innych pań, znakomitych już wtedy alpinistek: Halinkę Krüger i Wandę Rutkiewicz, a wkrótce po wyprawie została żoną Andrzeja.

Rok 1972, wraz z Andrzejem jestem na kolejnej pamirskiej wyprawie PKG, tym razem na Pik Kommunizma[3] . Wcześniej Andrzej zorganizował dla potencjalnych kandydatów do wyprawy badania kontrolne w Instytucie Medycyny Lotniczej w Warszawie, które stały się podstawą Jego publikacji naukowej dotyczącej medycyny wysokościowej.

Czekając w kolejności na swoją szansę wejścia, udaje się liczną grupą dokonać pierwszego polskiego wejścia na sąsiedni szczyt Ewgenii Korżeniewskoj (7105 m). Zbyt szybkie może tempo aklimatyzacji spowodowało, że nikt nie czuł się wtedy komfortowo, a u Andrzeja pojawiły się kłopoty żołądkowe i do samego wierzchołka nie dotarł. Jurek Strojny do dziś twierdzi, że został z Andrzejem ratując mu życie. Lecz tak się szczęśliwie dla „Wracza” złożyło, że wkrótce znalazł się w gronie jedenastki „pobieditieli” Szczytu Komunizmu Po wyprawie opowiadaliśmy sobie, że jeśli chodzi o takie „szczyty komunizmu” to nie mamy nic przeciwko, żeby było ich nawet więcej.

Mijają kolejne dwa lata i oto znów jesteśmy razem na wyprawie zmierzającej ku - tym razem to już nawet nie tylko przez nas, ale bardziej nawet przez poprzedzające pokolenia taterników - wymarzonym Himalajom i nieodkrytemu jeszcze przez nas, tajemniczemu Nepalowi. Dzieje wyprawy, opisane w książkach i licznych publikacjach prasowych[4] są dobrze znane , dla mnie jednak największym sukcesem było nie samo wejście na wierzchołek Kangbaczena (7905 m) , ustanowienie polskiego rekordu wysokości i to na dziewiczym jeszcze szczycie, lecz uratowanie kolegi[5] ,u którego z banalnej niedyspozycji rozwinęła się choroba wysokościowa. Sprowadzenie go z podszczytowego biwaku (prawie 7500 m), mimo że było nas pięciu, przy tym ukształtowaniu terenu - przeszło trzykilometrowy trawers po nachylonym tarasie lodowo-śnieżnym - przekraczało siły zespołu, a do tego, żeby nie obciążać się, zostawiliśmy na ostatnim biwaku namioty.

Pamiętam ten przedwieczorny moment. Ostatkiem sił podtrzymując Józka, posuwaliśmy się w mizernym tempie do wciąż odległego obozu IV, kiedy dotarły do nas niewyraźne głosy. Przez porywu wichury dał się rozpoznać pohukiwania Piotra Młoteckiego i zobaczyliśmy Andrzeja i towarzyszącego im Szerpę, niosącego zbawczy dla Józka tlen. Nie widząc się i nie kontaktując ze sobą bezpośrednio, sterowani z bazy, zdołaliśmy spotkać się z grupą wsparcia, która przekształciła się w ekipę ratunkowa. Od razu zabraliśmy się do kopania dwóch śnieżnych jam, a dla „Wracza” zaczął się, jeśli nie najdłuższy, to z pewnością najbardziej wysokościowy ostry dyżur. Oczywiście nie było już mowy o zrobieniu drugiego wejścia szczytowego przez kolegów, którzy biwakując w obozie IV, stanowili odwód dla grupy szturmowej.

Mijają cztery lata, jest wiosna 1978 r., wyprawa PKG zmierza ku dziewiczemu wierzchołkowi Kangczendzongi Południowej (8482 m). Wielka wyprawa nie tylko ze względu na wysoki cel, ale wielką liczbę tragarzy mających donieść 9 ton bagażu do bazy, wysoko położonej na lodowcu Jalung. Karawana trwa ponad 20 dni. Przekraczając pasmo Małych Himalajów przeżywamy załamanie pogody i nieoczekiwany opad śniegu, przez który brną nasi bosonodzy tragarze. Wielu choruje, więc lekarze mają pełne ręce roboty. Andrzej "Wracz”i Janek Serafin, drugi lekarz wyprawowy, maja pełne ręce roboty. Janek twierdzi, że Andrzej z pewnością uratował od śmierci dwóch poważnie chorych na zapalenie płuc młodych tragarzy. Podczas akcji górskiej przewlekłe zapalenia górnych dróg oddechowych dotykały ponad połowy uczestników, znów pojawiły się problemy z Józkiem Olszewskim; Andrzej pomaga Jankowi, najpierw sprowadzić go jak najniżej się da, a potem ratować od zagrażającego mu obrzęku mózgu.

Takim Andrzeja "Wracza" pamiętam. Precyzyjny i kompetentny w działaniu, bezkonfliktowy w najtrudniejszych warunkach, przyjacielski i pogodny bez względu na okoliczności.

Pożegnanie Andrzeja miało miejsce w kościele św. Anny w Wilanowie. Urna z Jego prochami złożona została na wilanowskim cmentarzu do grobu rodzinnego, w którym przed 33 laty pochowana została jego żona, Zosia. Z bardzo emocjonalnej wypowiedzi wygłoszonej przy grobie przez znaną aktorkę, Maję Komorowską, można było dowiedzieć się, że Andrzej w okresie stanu wojennego był zaangażowany w działalność opozycyjną i charytatywną środowiska związanego z kościołem św. Marcina na Starym Mieście[6]. Obecność na pogrzebie Henryka Wujca, obecnego doradcy prezydenta Komorowskiego, dawnego działacza Komitetu Obrony Robotników, dawała temu widoczne świadectwo.


Urodził się w Brześciu. Z zawodu był chirurgiem, początkowo związanym z Instytutem Gruźlicy w Warszawie. W późniejszym okresie pracował w Centrum Onkologii w Warszawie, specjalizując się w leczeniu nowotworów płuc, torakochirurgii. W Klinice Nowotworów Płuc i Klatki Piersiowej należącej do Centrum przez wiele lat pełnił funkcję kierownika Oddziału Zabiegowego.

Taternictwo zaczął uprawiać w 1960 r. Wcześnie związał się z Polskim Klubem Górskim biorąc udział w szeregu wyprawach alpinistycznych w Kaukaz, Alpy i inne góry. W latach 1968, 1969 i 1971 wszedł na szereg kaukaskich szczytów, takich jak Dżajłyk-Baszy, Kazbek, Kirpicz, Nuamkuam, Tetnuld. W Pamirze w 1970 r. osiągnął szczyty: Lenina (7134 m), Kommunizma (7495 m) oraz brał udział w trawersowaniu 3 dziewiczych sześciotysięczników, którym nadano polskie nazwy: Warszawa, Poronin i Tatry. W Ałtaju Mongolskim w 1971r. brał udział w I przejściu zachodniej grani Turgen-uła. W 1974 r. wziął udział w I Polskiej Wyprawie w Himalaje Nepalu. Będąc członkiem grupy wspierającej zespół szturmujący dziewiczy Kangbaczen wziął udział w akcji ratującej Józefa Olszewskiego, u którego szybko rozwijała się choroba wysokościowa. W 1976 wszedł na Noszak (7492 m) w Hindukuszu, w 1978 był uczestnikiem wyprawy PKG na Kangczendzongę Południowa (8476 m) i Środkową (8482 m). W 1980 r. wspinał się w Andach Kolumbijskich wchodząc na szczyty: Santander, Bolivar, El Guardian, Ek Castilo i nową drogą na Pico Blanco. Na większości wypraw PKG pełnił funkcję lekarza. Współautor książki "Kangbachen zdobyty".


Wojciech Brański


[1] Ela Malinowska (Grajewska), prezes Polskiego Klubu Górskiego

[2] Zofia Szajuk-Pietraszek (1940-1980)

[3] Obecnie Pik Ismaila Samaniego, 7495 m

[4] m. in. : Piotr Młotecki (red) "Kangbachen zdobyty", Sport i Turustyka 1977; Marek Malatyński "W cieniu Kangczendzengi", Iskry 1978, Wojciech Brański "Do Himalajów - wiecznych śniegów skarbnicy", Nasza Księgarnia 1981

[5] Józef Olszewski (1939-2004)

[6] Głównie chodzi o Prymasowski Komitet Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i ich Rodzinom

Nasze Skały
Polskie Andy
PZA
UIAA
tatry.przejscia.pl